Jesienna fala premier od Apple ruszyła pełną parą. Na pierwszy ogień poszedł nowy MacBook Pro, napędzany czipem M5 – dokładnie tym samym krzemem, który niedawno zadebiutował w iPadach Pro. Żadnych rewolucji wizualnych tutaj nie uświadczymy, to wciąż ta sama, doskonale znana i sprawdzona aluminiowa bryła. Pytanie brzmi: ile za tę przyjemność trzeba zapłacić nad Wisłą? Cennik startuje od 7999 złotych. W tej kwocie dostajemy absolutną bazę, czyli 16 GB zunifikowanej pamięci RAM i dysk SSD 512 GB. Jeśli ktoś ma specyficzne potrzeby i odpowiedni budżet, może dorzucić matową powłokę nanostrukturalną za 750 stówek, dobić do 32 GB RAM i rozbudować magazyn danych aż do 4 TB. Portfel schudnie wtedy o blisko 17 tysięcy złotych. Zamówienia już wystartowały, a pierwsze paczki trafią do klientów 22 października. Konkurencja oczywiście nie śpi – Microsoft dopiero co wyciągnął na stół nowe Surface’y startujące od 4299 zł, ale wiadomo, że ekosystem Apple ma swoich wiernych wyznawców.
Pod maską dzieje się jednak sporo ciekawego. Nowy procesor M5 potrafi wykręcić do 45 procent lepszą wydajność graficzną w porównaniu do generacji M4. Prawdziwym gamechangerem jest tu jednak szybkość obliczeń dla sztucznej inteligencji, która wzrosła aż czterokrotnie. Poza tym to stary, dobry MacBook. Ekran to wciąż rewelacyjny 14,2-calowy Liquid Retina XDR wyciągający w szczycie 1600 nitów, z technologią ProMotion płynnie żonglującą odświeżaniem do 120 Hz. W kwestii złączy Apple na szczęście nie kombinuje – mamy solidny standard: MagSafe 3, porty USB-C/Thunderbolt 4, klasycznego jacka 3,5 mm i zawsze mile widziany przez twórców czytnik kart SDXC. Bateria to klasa sama w sobie, bo Cupertino obiecuje do 24 godzin przy streamingu wideo i jakieś 16 godzin typowego przeglądania sieci. Całość śmiga pod kontrolą nowego systemu macOS Tahoe. Warto pamiętać, że na razie odświeżono tylko wariant bazowy. Maszyny dla najbardziej wymagających, uzbrojone w układy M5 Pro i M5 Max, wjadą na salony dopiero na początku 2026 roku.
Sprzęt to jedno, ale prawdziwy test nadejdzie w czerwcu
Ta czterokrotnie wyższa wydajność AI w nowym MacBooku to nie jest przypadek. To fundament pod coś znacznie większego. Zbliżające się WWDC 2026, zaplanowane między 8 a 12 czerwca (z tradycyjnym poniedziałkowym keynote’em), może być dla firmy momentem z kategorii „wóz albo przewóz”. Zobaczymy tam całą litanię nowych systemów operacyjnych z „27” w nazwie – od iOS, przez iPadOS i macOS, po tvOS, watchOS i visionOS. Nie oszukujmy się jednak, branża czeka tylko na jedno: na mocno opóźnione konkrety w kwestii sztucznej inteligencji.
Wyzwanie jest tu znacznie grubsze niż samo doklejenie generycznego chatbota do systemu. Czerwcowa konferencja musi brutalnie zweryfikować, czy Siri wreszcie awansuje do ligi poważnych asystentów, potrafiących płynnie działać na wielu urządzeniach, czy Apple wciąż będzie tylko gonić peleton liderów AI.
Siri 2.0 i przełamywanie zamkniętego ekosystemu
Najwięcej szumu robi naturalnie iOS 27, bo to on wytyczy wektor rozwoju dla kolejnej generacji iPhone’ów. Z zakulisowych informacji wynika, że system w końcu przyniesie to, na co użytkownicy czekają od lat – gruntownie przebudowane doświadczenie określane mianem Siri 2.0. Asystent ma zrzucić gorset sztywnych komend głosowych i w interakcji przypominać nowoczesne chatboty. Siri zyska świadomość osobistego kontekstu, co pozwoli jej łapać wątki z poprzednich dyskusji. Będzie też kumać, co aktualnie wyświetla się na ekranie telefonu i pozwoli na głęboką integrację z apkami. Mówimy tu o akcjach między aplikacjami, jak chociażby samodzielne udostępnianie znajomym szacowanego czasu przybycia czy żonglowanie konkretnymi plikami. Zmianom ma towarzyszyć nowy, o wiele bardziej ekspresyjny interfejs wizualny, dynamicznie reagujący na interakcje. Niektóre przecieki sugerują nawet wydzielenie dedykowanej aplikacji dla Siri, co ostatecznie zamieniłoby ją w pełnoprawne konwersacyjne narzędzie robocze.
Co ciekawe, na horyzoncie majaczy też coś, co w filozofii Tima Cooka brzmi wręcz obrazoburczo. Krążą plotki, że iOS 27 może pozwolić użytkownikom na wybór preferowanego modelu AI poprzez system specjalnych rozszerzeń. Zewnętrzni asystenci mieliby się głęboko integrować z funkcjami Apple Intelligence, takimi jak Writing Tools czy Image Playground. Gdyby to okazało się prawdą, mówilibyśmy o potężnym wyłomie w dotychczasowej, hermetycznej polityce firmy.
Cała ta technologiczna ewolucja rozleje się oczywiście również na iPadOS i macOS 27. Z mniejszych, ale przydatnych nowości spodziewamy się narzędzi do edycji zdjęć napędzanych przez AI (funkcje „Enhance”, „Extend” i „Reframe”), generowania cyfrowych przepustek w apce Wallet bezpośrednio ze zwykłych kodów QR oraz inteligentniejszej autokorekty, która będzie sugerować alternatywną budowę całych zdań. Sporo mówi się także o odświeżeniu estetyki „Liquid Glass”, choć ostatecznie oprogramowanie ma się skupiać głównie na stabilności i optymalizacji, a nie na fajerwerkach wizualnych. Sprzęt w postaci MacBooków z M5 pokazuje, że Apple jest już gotowe na nową erę. Teraz czas, żeby oprogramowanie dowiozło resztę.